Irlandczycy powiedzieli „YES”. Pomógł im w tym kryzys - o czym się mówi powszechnie - ale również ustępstwa Unii Europejskiej - o czym się nie mówi prawie wcale. Dzięki nim „Zielona Wyspa” zagwarantowała sobie dożywotnio (?) komisarza w Komisji Europejskiej: wcześniej traktat reformujący zmniejszał liczbę komisarzy tak, by byli rotacyjni. Groziło to brakiem „swojego człowieka” w Komisji i pokazywało spadek znaczenia państw narodowych. Dumni Irlandczycy to przyblokowali - dzięki ich uporowi i „NO” w pierwszym referendum skorzystała cała Europa, w tym Polska. Za to należą im się słowa podziękowania: Rzeczpospolita też będzie miała komisarza „na stałe”.
Dodatkowo Dublin otrzymał gwarancje zachowania niezależności w sprawach podatkowych i moralnoobyczajowych. To, że takie gwarancje w ogóle musiały być składane, źle świadczy o Brukseli. UE miała być obszarem wolnego rynku - tymczasem Niemcy i Francja nieraz podejmowały próby unifikacji podatkowej, co byłoby zabójcze dla Irlandii i niekorzystne np. dla Polski. Stąd irlandzki strach i żądanie od Unii, aby w tym zakresie obowiązywała zasada „wolnoć Tomku w swoim domku”. Katolicka Irlandia nie chciała też zmian narzucanych przez UE w sferze ustawodawstwa antyaborcyjnego oraz antyeutanazyjnego. Kraj, który hołduje „cywilizacji życia” (Jan Paweł II) i jest „pro life”, nie chciał importu „cywilizacji śmierci”, obowiązującej w niektórych krajach Unii. Dlatego owe gwarancje są nieformalne i nie zostały wpisane do traktatu reformującego, zwanego lizbońskim.
Co jednak dalej po irlandzkim „TAK”? Bynajmniej nie zamyka ono batalii ratyfikacyjnej. Ratyfikacji dokona prezydent RP, choć nie sądzę, że będzie to - jak chcą niektórzy - na „ola Boga”, na kolanie, w pośpiechu dyktowanym przez liberalno-lewicowe elity. Ale to też nie zamyka tej „never ending story” - niekończącej się opowieści. Zostają jeszcze Czechy i - niespodzianka - Wielka Brytania (sic!). U naszego południowego sąsiada prezydent Vaclav Klaus, odporny na pokrzykiwania europejskich salonów, dotąd nie zadeklarował swojej ratyfikacji. Co więcej - zainspirował senatorów rządzącej partii ODS (której jest honorowym prezesem, a która w PE znajduje się w tej samej grupie politycznej co PiS), aby ponownie złożyli wniosek do Trybunału Konstytucyjnego Czech o zbadanie zgodności „Lizbony” z czeską ustawą zasadniczą. A to potrwa. Może nawet do wiosny 2010. Niektórzy twierdzą, że jest to precyzyjnie obmyślony scenariusz. Bo oto wtedy czeska decyzja może zbiec się z... wyborami na Wyspach Brytyjskich. A jeśli wygra Partia Konserwatywna (ma przewagę 15 proc. nad Labour Party), to jej przywódca David Cameron, zapewne przyszły premier Jej Królewskiej Mości, zgodnie ze swoją zapowiedzią rozpisze... referendum w sprawie traktatu lizbońskiego. A to na 100 proc. oznacza brytyjskie „NO” dla tego przegadanego dokumentu.
Jak widać, Irlandia wcale jeszcze nie przesądziła sprawy. Co więc możemy zrobić my, Polacy? Na miejscu rządu Tuska poprosiłbym prezydenta RP o... zwłokę w ratyfikacji traktatu. I ten zyskany czas przeznaczyłbym na dyskretne negocjacje z Unią: ratyfikacja w zamian za supersilnego komisarza (miała tak Hiszpania wiatach 2004–2009: obok szefa europarlamentu mocna „teka” w Komisji Europejskiej, to czemu nie możemy i my?) albo ratyfikacja za istotne ustępstwa ekonomiczne, np. w nieproporcjonalnie wysokiej daninie Polski dla krajów rozwijających się w kontekście nieszczęsnego Pakietu Klimatycznego.
Aby jednak takie negocjacje podjąć, trzeba mieć, za przeproszeniem, przysłowiowe „jaja”. Czy rząd Tuska je ma, zwłaszcza na arenie międzynarodowej? Odpowiedź, niestety, znamy.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
