Agaton Koziński: Skąd to całe zamieszanie wokół Michała Kamińskiego przy wyborze wiceprzewodniczących PE?
Ryszard Legutko: Głównym jego sprawcą jest Brytyjczyk Edward McMillan-Scott. Wbrew woli naszej frakcji, a nawet jego macierzystej Partii Konserwatywnej, zdecydował się kandydować na wiceprzewodniczącego europarlamentu.
A.K.: Możliwe jest takie działanie wbrew dyscyplinie partyjnej?
R.L.: Do McMillana-Scotta dzwonił nawet David Cameron, szef Partii Konserwatywnej, by odwieść go od kandydowania. On jednak pozostał nieugięty. Nie przejął się nawet tym, że w trybie natychmiastowym został usunięty z partii. Dla mnie to zjawisko z dziedziny psychologii. McMillan-Scott był wiceprzewodniczącym PE w poprzedniej kadencji. Poza tym on najbardziej wśród torysów żałował, że jego partia wystąpiła z Europejskiej Partii Ludowej (EPP) i założyła własną frakcję. To wszystko złożyło się na jego brak dyscypliny.
A.K.: Nie należał do żadnej partii, a mimo to został wiceprzewodniczącym. Jak to możliwe?
R.L.: Zdobył większe poparcie podczas głosowania niż Michał Kamiński. Zadziałała w tym przypadku specyfika europarlamentu, tamtejszych partyjnych podziałów.
A.K.: Co Pan ma na myśli?
R.L.: W PE rządzą EPP i socjaliści. I najczęściej głosują w ten sam sposób. Z kolei nasza frakcja Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy jest nowa i niezbyt lubiana. Także podczas głosowań chadecy i socjaliści zwyczajnie woleli zagłosować na McMillana-Scotta, a nie na Kamińskiego. Stąd jego porażka.
A.K.: Nie lepiej byście wypadli, gdybyście zostali w EPP, zamiast zakładać własną frakcję?
R.L.: Nie. Z wielu względów. Przede wszystkim EPP jest za bardzo na lewo. Oni non stop współpracują z socjalistami, trudno nazwać ich chadekami. Przecież sprzeciwili się nawet wpisaniu korzeni chrześcijańskich do preambuły eurokonstytucji. W tak myślącej frakcji trudno by nam było przebić się z własnymi postulatami - zawsze bylibyśmy w mniejszości i nasze wnioski by przepadały.
A.K.: Z drugiej strony mielibyście oparcie w silnej polskiej grupie w EPP.
R.L.: Nie mam zaufania do Platformy. Już kilka razy były sytuacje, gdy nas wystawiała do wiatru przy głosowaniach. Tak było chociażby przy walce o stanowisko wiceprzewodniczącego dla Kamińskiego.
A.K.: Jak to się stało?
R.L.: Przed głosowaniem spotkałem się z Jerzym Buzkiem, który zapewniał, że PO poprze naszego kandydata. Tymczasem w głosowaniu zdecydowali się na McMilliana-Scotta. To najlepszy dowód, że dla nich nie ma czegoś takiego jak polski interes - liczy się tylko interes frakcji. Smutne. Przecież my głosowaliśmy za Buzkiem podczas wyboru przewodniczącego PE. Co więcej, przekonaliśmy do tego także brytyjskich torysów, którym jego kandydatura się nie podobała.
A.K.: Jakie brytyjscy konserwatyści mieli zastrzeżenia do Polaka?
R.L.: Przed głosowaniem Buzek spotykał się z poszczególnymi frakcjami, także z nami. Torysi zadali mu kilka pytań, na przykład: co sądzi o fakcie, że posiedzenia europarlamentu odbywają się w dwóch miastach. Za każdym razem Buzek udzielał wymijających odpowiedzi. Sprawiał wrażenie człowieka, który nie ma jasnej wizji Europy. To zniechęciło torysów do niego. Dużo lepsze wrażenie zrobił na nich kandydat liberałów Graham Watson (ostatecznie wycofał swą kandydaturę przed głosowaniem - red.), jawił się jako człowiek z wyraźnym pomysłem na UE. My ich usilnie namawialiśmy, by jednak w głosowaniu poparli Buzka. Tym bardziej żal, że PO nie zrewanżowała nam się podczas głosowania w sprawie Kamińskiego.
A.K.: Naprawdę tak trudno porozumieć się z EPP? Mimo wszystko ona jest frakcją, która rządzi, a polityka to sztuka kompromisu. EPP jest zbyt na lewo dla nas.
R.L.: Jednocześnie jesteśmy zbyt mało liczni, by przebić się ze swoim zdaniem. Skończyłoby się więc tak, że wszystkie nasze postulaty byłyby odrzucane, a my tylko byśmy się wygrzewali w iluzorycznym poczuciu władzy. Lepiej tworzyć coś własnego, próbować zbudować silną europrawicę. Takie ugrupowania są w każdym parlamencie narodowym, ale brakuje ich w europarlamencie.
A.K.: Jakie są szanse, że uda Wam się zbudować silne prawe skrzydło?
R.L.: Prowadzimy rozmowy z kilkoma ugrupowaniami, które być może do nas dołączą. Nie wykluczam, że uda nam się oderwać część europosłów od EPP - ale nie stanie się to od razu, to będzie długi proces. W każdym razie nasza frakcja może urosnąć nawet do stu osób. Im będziemy silniejsi, tym łatwiej będzie nam przełamać monopol chadeków i socjalistów. To jest naszym podstawowym celem.
A.K.: Na razie Pana frakcji co chwila ktoś zarzuca homofobię. Jak sobie radzicie z taką łatką?
R.L.: Tak mówią o nas socjaliści. Oni mają wyklarowany stosunek do PiS i braci Kaczyńskich. Najgorszy pod tym względem jest ich szef Martin Schulz. Gdy tylko o nas usłyszy, oczy mu czerwienieją, a z ust toczy się piana. Socjaliści byli najbardziej przeciw kandydatury Kamińskiego. Nie było wprawdzie oficjalnych oświadczeń, ale podejrzewam, że na korytarzach sugerowali członkom EPP, by głosowali przeciw niemu. A wiadomo, że te partie blisko ze sobą współpracują - stąd taki, a nie inny wynik naszego europosła.
A.K.: Kontrowersje wzbudza także Pana osoba. W Wielkiej Brytanii został Pan uznany za homofoba z powodu książki „Nie lubię tolerancji” wydanej w 1993 r. To głupota. Wyraźnie ktośnie przeczytał tej pozycji i atakuje mnie za sam tytuł. To zbiór felietonów, w których dywaguję o tolerancji w Europie. Ta książka jest niewinna. Czemu więc pada Pan ofiarą takiego czarnego PR?
R.L.: Oskarżenia o homofobię to tak naprawdę dyżurna pałka, której używa się wobec wielu osób. Osoby angażujące się w walkę o prawa mniejszości seksualnych często jej używają. Wygląda to tak. Działacz takich grup twierdzi, że mniejszości seksualne mają prawo do małżeństw. Ja na to odpowiadam, że nie mają. Ale wtedy on nie wdaje się ze mną w dyskusję, tylko od razu zarzuca mi homofobię. Odbiera mi w ten sposób jakiekolwiek prawo do krytykowania jego postulatów. Ta zaraza się nasila, krępując dyskusję. Każdy boi się coś powiedzieć, gdyż natychmiast narazi się na oskarżenia o homofobię.
A.K.: Jak radzić sobie z takimi oskarżeniami?
R.L.: Nie odpowiadamy na nie, gdyż to bardzo trudne. Owszem, mógłbym wyjść na mównicę w europarlamencie i powiedzieć to, co powiedziałem panu przed chwilą. Ale wiem, że natychmiast by się tam rozpętał sabat czarownic. Dlatego trzeba opracować precyzyjną strategię postępowania wobec tych zarzutów. Na razie szukamy sensownego wyjścia - ale to niezmiernie trudne.
A.K.: A może nie odpowiadacie, bo macie własne problemy? Prasa brytyjska non stop donosi, że Wasza frakcja trzeszczy i za chwilę się rozleci.
R.L.: Dementuję te pogłoski z całą stanowczością. Nasza frakcja się nie rozpadnie. Nie ma w niej żadnych trzasków. Zamieszanie wokół Kamińskiego to był odosobniony przypadek. Na pewno nie można powiedzieć, że to dowód na to, że to początek naszego końca.
„Polska The Times”
