Nasze elity medialne i polityczne, zajęte świętowaniem objęcia stanowiska przewodniczącego Parlamentu Europejskiego przez Polaka, jakby zapominają, że decydująca rozgrywka w Unii dopiero przed nami. Dojdzie do niej jesienią tego roku. Gra toczy się o trzy kluczowe stanowiska w strukturach europejskich, a także o 26 tek komisarzy (w tym 5 foteli wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej). Ale najważniejszy jest ten „trójkąt władzy”, czyli trzy „key positions” w Radzie i KE. Ten trójkąt tworzą: szef Komisji Europejskiej, „Hajrep” (od „High Representative”), czyli „Wysoki Przedstawiciel UE ds. Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa” oraz unijny „prezydent”, czyli permanentny przewodniczący Rady.
O te instrumenty realnej władzy toczy się zakulisowa walka. Spekulacje, przymiarki, przesunięcia poparcia i sił – to stały, europejski „fragment gry”. Ostatnie wieści z eurofrontu są dla Polski niepokojące. Grozi bowiem to, że owe trzy najważniejsze teki przypadną wyłącznie reprezentantom Europy Południowej. A ci przeważnie nie rozumieją problemów Europy Środkowo-Wschodniej, mają bardziej spolegliwy stosunek do Rosji, no i są konkurentami dla krajów "nowej Unii" w walce o pieniądze z Brukseli.
Europa Południowa chce wziąć wszystko. Portugalczyk José Manuel Barroso ma być szefem Komisji Europejskiej, Włoch Franco Frattini, obecny szef MSZ Italii, a w poprzednim wcieleniu wice-Barroso (był wiceprzewodniczącym KE) ma zastąpić Hiszpana Javiera Solanę na fotelu szefa unijnej dyplomacji, wreszcie „Mr Europe”, czyli „prezydentem UE” ma ewentualnie zostać były wieloletni premier Hiszpanii, jeden z liderów Międzynarodówki Socjalistycznej Felipe Gonzalez. Jeżeli rzeczywiście cała pula miałaby przypaść „południu” byłby to niebezpieczny precedens i źle wróżyłby Polsce.
Żeby jednak było jasne: tę ofensywę południa Starego Kontynentu należy odrzucać częściowo i selektywnie. Dla Rzeczpospolitej najlepsza sytuacja to: Barroso – tak, Frattini – nie, Gonzalez – nie. Dlaczego tak powinny wyglądać europejskie „puzzle”? To proste. Portugalczyk nie jest na pewno ósmym cudem świata, ale wszelkie personalne alternatywy dla niego wyglądają zgoła przerażająco. Barroso nie jest ulubieńcem Merkel, co z polskiego punktu widzenia grzechem nie jest, a gdy patrzy się na koalicje tych, co chcą go obalić – socjaliści z Schulzem, zieloni z Cohn-Benditem, postkomuniści ze Svensson czy liberałowie z Verhofstadem – to dopiero nabiera się ochoty, by go bronić! Portugalski szef KE jest wspierany przez prezydenta RP i rząd, a więc uczynił przy okazji swoisty cud: połączył to, co w Polsce jest ogniem i wodą. Natomiast wybór Włocha Frattiniego na „ministra spraw zagranicznych” Unii byłby dla nas bardzo niedobry. Ten skądinąd sympatyczny człowiek jest najbardziej prorosyjskim szefem MSZ wśród 27 krajów członkowskich UE. Wynika to z interesownego romansu polityczno-ekonomicznego Berlusconiego i Putina, gdzie w tle widać włoskie firmy gremialnie angażowane do budowy Gazociągu Północnego. Ta prorosyjskość Frattiniego uwidoczniała się przy okazji napaści Moskwy na Gruzję – ale od tego czasu nic się nie zmieniło. Hiszpan Gonzalez, ikona eurosocjalistów, jako „prezydent UE” jest alternatywą dla mocnego – i lepszego merytorycznie – kandydata na to stanowisko, jakim jest Tony Blair. Anglik, choć też teoretycznie człowiek lewicy, jest jednak zwolennikiem Europy Ojczyzn i rozumie Europę Środkowo-Wschodnią. Tymczasem były premier Hiszpanii w ogóle nie czuje naszego regionalnego bluesa, nie docenia Rosji i jest do tego zwolennikiem eurofederalizmu oraz pogłębienia integracji. A to dla Polski źle wróży.
Dlatego powinniśmy jako Polska zaakceptować Portugalczyka i zablokować włosko-hiszpańską inwazję.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
