W zeszłym tygodniu miały miejsce dwa wydarzenia. Odwrócę chronologię. W piątek prezydent Komorowski ogłosił, że jego głównym, strategicznym doradcą politycznym zgodził się zostać były premier Tadeusz Mazowiecki. Tymczasem dwa dni wcześniej niektóre media (oj, nie wszystkie!) przytoczyły wypowiedź tegoż Mazowieckiego, który w Berlinie - skądinąd fajne miejsce do załatwiania wewnętrznych, polskich porachunków - skrytykował „niektórych biskupów” za postawę w czasie wyborów prezydenckich oraz w trakcie sporu o krzyż przed Pałacem Prezydenckim. Oczywiście nie chodziło mu o bp. bp. Pieronka i Życińskiego, tylko biskupów nieprawomyślnych i politycznie niepoprawnych (akurat takich jest wciąż większość). Ta wypowiedź byłego działacza PAX-u nie odbiła się szerszym echem może dlatego, że Mazowiecki jest tylko dobrym znajomym Komorowskiego, a nie przyjacielem - jak Palikot, który mówi o „tłustych brzuchach biskupów”.
Jednak nominacja człowieka-symbolu III RP na prawą, polityczną rękę Komorowskiego akurat po tym berlińskim oświadczeniu jest znamienna i świadczy nawet bardziej o panu Bronisławie niż o panu Tadeuszu. Można powiedzieć, że odrodziła się Unia Demokratyczna, tylko odwróciły się role. Były sekretarz generalny UD jest prezydentem, a jego partyjny eks-szef prezydenckim doradcą. Zresztą to podwójne odwrócenie ról, bo gdy Mazowiecki tracił czas jako premier w Urzędzie Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich to urzędnikiem w tymże URM był Komorowski (kiedyś zresztą przyszedł do swojego bezpośredniego przełożonego Aleksandra Halla, żeby zapytać czy może zapisać się do ZChN - Hall mu zabronił, no to się nie zapisał…).
Ale Mazowiecki powinien być ostrożniejszy w krytykowaniu biskupów. Łatwo mu przypomnieć, a polską opinię publiczną poinformować, że stary Mazowiecki wraca do koryta młodego Mazowieckiego: w najgorszym okresie stalinowskim ogłosił on, jako redaktor naczelny WTK, czyli Wrocławskiego Tygodnika Katolików, haniebny tekst szkalujący biskupa ordynariusza kieleckiego Czesława Kaczmarka. Był rok 1953, dosłownie parę dni po wyroku komunistycznego sądu skazującego biskupa na… 12 lat więzienia (!). Wraz z nim zresztą skazano trzech księży i jedną siostrę zakonną. A oto co pisał ambitny redaktor, przyszły pierwszy premier III RP: „Każdy, kto jest wiernym Kościoła, a zarazem uczciwym obywatelem ludowej ojczyzny rozumie, że religijna misja Kościoła trwająca przez wszystkie czasy może i powinna być pełniona w ustroju socjalistycznym. (…) Na rozprawie sądowej zanalizowana została przestępcza działalność oskarżonych jak i jej skutki. Wychowanie nacechowane podejrzliwością i wrogością wobec postępu społecznego, atmosfera środowiska społecznego rozniecająca lub choćby tylko podtrzymująca bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. bp. Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem – oto sumarycznie ujęte przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. (…) Doprowadziły w szczególności nie tylko do postawy przeciwnej nowej rzeczywistości naszego kraju, nie tylko do podrywania zaufania w trwałość władzy ludowej i nowych stosunków społecznych w Polsce, ale i do uwikłania się we współpracę z ośrodkami wywiadu amerykańskiego, które pragnęłyby posługiwać się przedstawicielami duchowieństwa, jako narzędziem realizacji swych wrogich Polsce planów. (...) postawa polityczna biskupa czy kapłana podlega takiej samej ocenie, jak postawa każdego innego obywatela. Dlatego więc nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. bp. Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej i kierowały w tej działalności jego postawą.” (WTK, nr 5 z 27 września 1953 r., artykuł „Wnioski” str. 3-4).
Jaki prezydent - taki doradca. Słychać z oddali - choć właściwie z bliska - chichot towarzyszy z UB i PZPR. Wreszcie jest jak było…
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
