Sześciomiesięczna prezydencja hiszpańska przypadła na okres szczególny - trudny i eksperymentalny. Pierwszy raz wypełniała swoją rolę po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego, który na nowo zdefiniował i podzielił jej kompetencje.
Docieranie stanowiska z nowopowołanym Przewodniczącym Rady nie urosło do rangi większego problemu w kontekście niepowodzeń politycznych, gospodarczych i finansowych. Nie udało się doprowadzić do ustalonego wcześniej szczytu UE-USA - przypomnę, że Prezydent Obama odmówił przybycia - oraz ważnego dla Hiszpanii szczytu Unii Śródziemnomorskiej.
W obliczu potężnego kryzysu gospodarczego ster Unii przejęły Niemcy i Francja, nadając ton programowi pomocy finansowej dla Grecji. Widmo zapaści finansowej zawisło również nad samą Hiszpanią, stąd trudno się dziwić, że to działania innych krajów wybiły się na plan pierwszy w tej prezydencji. Bardziej niż nad priorytetami prezydencji hiszpańskiej zastanawiano się nad przyszłością strefy euro. Problemy te będzie musiała podjąć teraz także prezydencja belgijska.
