Niedzielną debatę Kaczyński-Komorowski oglądałem głównie pod kątem tego, co usłyszę o polityce zagranicznej. To była dotąd zawsze mocna strona Jarosława Kaczyńskiego, który wiedział nie tylko „co”, ale też - jako były premier – „jak”. Dla marszałka Sejmu ta sfera, jak i szereg innych, wydawała się być „tabula rasa”. Nie przekonał mnie kandydat PO, że jest inaczej: slogany, banały, hasełka nie zastąpią realnej wizji. Do tego dochodzi skrajny populizm. Człowiek, który podpisał przedłużenie misji polskich żołnierzy w Afganistanie (i to kilka tygodni temu), dziś domaga się szybkiego stamtąd wyjścia i nagle znienacka deklamuje o krwi polskich żołnierzy… Oczywiście wie, że już w trakcie kampanii wyborczej zginęło z ręki talibów trzech naszych - ale gdy ginęli ich poprzednicy, a było ich 16, Komorowski nawet się nie zająknął, siedząc jak mysz pod miotłą.
Przyjaciel Palikota powiedział, że chciałby, żeby Polska była drugą Norwegią czy Kuwejtem (pod względem surowców energetycznych). Pozostaje mieć nadzieję, że już się nauczył, że Norwegia nie jest jednak w Unii Europejskiej, choć jeszcze niedawno Komorowski właśnie ją tam wcielił!
Kaczyński merytorycznie bije kandydata PO na głowę, choć Komorowski zrobił wszystko, aby pokazać, że nie dzieli ich przepaść. Przy okazji pobił rekord świata hipokryzji, obruszając się na ekspremiera za jego wypowiedź, że w sprawie Białorusi jest gotów także rozmawiać z prezydentem Rosji. Niektórzy naiwni komentatorzy dali się na to nabrać. To śmieszne. W Brukseli czy Strasburgu nikt nie uznałby deklaracji Jarosława Kaczyńskiego za niestosowną czy w jakikolwiek sposób ograniczającą suwerenność Białorusi. To jasne. Skoro liderzy Unii Europejskiej, a także liderzy głównych państw UE, potrafią rozmawiać z Moskwą także o krajach trzecich i to ewidentnie broniąc tych krajów, to oświadczenie kandydata PiS było w tym kontekście jak najbardziej na miejscu. Oczywiście Jarosław Kaczyński powiedziałby Miedwiediewowi (wolę napisać: powie…): „ręce precz od Białorusi”. Rzecz w tym, że jego oponent z Platformy Obywatelskiej i jego formacja polityczna, w dotychczasowym działaniu w sferze polityki międzynarodowej daje wręcz gwarancje, że temat niezależności Białorusi w rozmowach z Rosją by się nie pojawił. Ostatecznie to nie krasnoludki zmusiły Andżelikę Borys do zrezygnowania z funkcji prezesa Związku Polaków na Białorusi. I to nie ufoludek, lecz partyjny kolega Komorowskiego, minister spraw zagranicznych, głośno rozważał możliwość przyjęcia Rosji do NATO. Wreszcie to szef marszałka Sejmu, premier Tusk, pojechał z oficjalną wizytą najpierw do Moskwy, a potem dopiero do Kijowa, czym wprawił w osłupienie nawet samego Aleksandra Kwaśniewskiego, którego trudno doprawdy oskarżyć, że ma „chorobę na Moskala” (używając słynnego sformułowania Romana Dmowskiego).
Tak więc PO ze swoim urzędującymi premierem, szefem MSZ oraz kandydatem na prezydenta RP, pobiła już trzeci rekord świata. Pierwszy, to rekord w „nicnierobieniu”. Drugi, to rekord w megapropagandzie sukcesu, przy której propaganda Edwarda Gierka to kaszka z mleczkiem. Ten trzeci rekord to rekord hipokryzji. Jeżeli więc chcemy mieć za Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej hipokrytę i bufona - 4 lipca będziemy wiedzieli, co zrobić.
Ku uciesze Norwegów, bo oni lubią takie kawały.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
