Poparcie Komorowskiego przez Cimoszewicza, wbrew nadziejom partii marszałka Sejmu i jego sztabu, wcale nie musi przynieść kandydatowi PO pozytywnych efektów. Do tej pory bowiem olbrzymią część wyborców Platformy Obywatelskiej stanowili ludzie związani z „Solidarnością”, mający ją w swoim życiorysie i nawiązujący do niej. Dla tych ludzi, którzy głosowali na PO, ale których od solidarnościowego PiS-u nie dzielą lata świetlne - poparcie Komorowskiego przez ikonę post-PZPR-owskiej lewicy może wywołać odruch wymiotny. To naprawdę może być dla Komorowskiego swoisty pocałunek śmierci. Dla ludzi dawnej „Solidarności” ten facet jest z politycznego księżyca, do tego jeszcze z czerwonego księżyca. Tutaj PO może się grubo przeliczyć.
Charakterystyczny skądinąd jest czas, w którym Cimoszewicz pobłogosławił kandydata Platformy. Nastąpiło to po bardzo dobrej, przyznajmy, debacie telewizyjnej lidera SLD, Grzegorza Napieralskiego, i w sytuacji wyraźnego wzrostu sondaży dla lewicy. Oznaczać to mogło, i oznaczać to może, powrót sporej części elektoratu SLD, który zawiedziony lewicą w 2007 roku głosował na PO, a dziś chce, a przynajmniej rozważa możliwość powrotu do korzeni. Cimoszewicz, widząc to, postanowił kontratakować. Uznał, że skoro Komorowski traci w sondażach to jego zwycięstwo jest realnie zagrożone. A więc trzeba poprzeć kandydata PO jak najszybciej, czym prędzej, teraz. Stąd taka decyzja „Cimoszki”.
Ryszard Czarnecki
„Warszawska Gazeta”
