W Europie mamy praktycznie tylko dwa kraje, gdzie lewica jest kwiatkiem do kożucha: to Irlandia i Polska. W obu tych krajach ugrupowania o charakterze nielewicowym zabudowały niemal całą przestrzeń życia politycznego i od lat tylko między nimi rozgrywa się walka o sprawowanie władzy (w Irlandii dłużej, w Polsce dopiero szósty rok). Mowa oczywiście o krajach większych, bo w tej klasyfikacji nie uwzględniłem państw takich, jak Watykan, San Marino, Lichtenstein, Wyspy Owcze itd. Pod tym względem sprawdza się poniekąd slogan Tuska sprzed trzech lat o tym, że Polska ma stać się drugą Irlandią… Tyle że sytuacja nad Wisłą i Odrą jest bardziej dynamiczna niż polityczna mała stabilizacja na „Zielonej Wyspie”. Przepływ elektoratu między PO a SLD jest znacznie bardziej prawdopodobny niż między Fianna Fáil Party a Irlandzką Labour Party, ale tę moją tezę zweryfikuje zapewne rzeczywistość już w najbliższą niedzielę w czasie pierwszej tury wyborów prezydenckich.
Debaty takie jak ta, którą oglądaliśmy w ostatnią niedzielę w TVP, rzadko zdarzają się na świecie. Chodzi o ilość uczestników. W USA i Francji w czasie kampanii prezydenckich zawsze są to debaty dwóch kandydatów. W Wielkiej Brytanii było podobnie aż do tego roku. Jednak w kwietniu 2010 przed majowymi wyborami do House of Commons pojawił się „ten trzeci” Nick Clegg, lider Partii Liberalno-Demokratycznej. Sam jego udział w debacie od razu wywindował brytyjskich liberałów w sondażach. Niewykluczone, że tak samo będzie teraz - tyle że w Polsce. W praktyce oznaczać to może powrót, zapewne części byłych wyborców lewicy, którzy w 2007 roku rozpoczęli romans z PO, a teraz mają kaca z tego powodu. Uważam jednak, że ten proces - transferu wyborców - z partii Tuska do partii Napieralskiego dopiero się rozpoczyna i będzie bardziej spektakularny w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
W 1960 roku w USA podczas bodaj pierwszej telewizyjnej debaty kandydatów na prezydenta USA, zmierzyli się demokrata John Fitzgerald Kennedy i republikanin Richard Nixon. Debatę merytorycznie wygrał Nixon, był bardziej konkretny, po prostu lepszy. Jednak tzw. „lepsze wrażenie” na wyborcach wywarł JFK i choć siła argumentów była po stronie Nixona to wybory wygrał młody demokrata-katolik z rodziny irlandzkich emigrantów.
Wczoraj, choć nie jest to żadna analogia, w debacie „czterech” liczyła się tak na prawdę debata „dwóch”. W tej rywalizacji merytorycznie we wszystkich starciach, poza jednym, remisowym (w sprawie in vitro), lepszy okazał się być Jarosław Kaczyński. Pytanie jednak, kto wygrał tę debatę „wrażeniowo” wśród tzw. wyborców niezdecydowanych? Z odpowiedzią na to poczekajmy kilka dni, a może dwa i pół tygodnia.
Jedno jest pewne: kandydaci PO i PiS różnili się nie tylko poglądami i stopniem znajomości zagadnień państwowych, ale nawet kolorem krawatów. Były jak u Stendhala: czerwone i czarne. Ja tam wolę czarny (ciemny), nawet jeśli czerwony jest fotogeniczny. W przypadku Komorowskiego na czerwonym krawacie kandydata PO zabrakło trzech liter: WSI. Czyżby Pan Gafa wstydził się swojego zaplecza?
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
