To stary numer warszawskiego salonu: zamykanie ust Polakom (niewygodnym Polakom) gadka-szmatka w stylu „polityk X, partia Y, instytucja Z kompromituje nasz kraj na arenie międzynarodowej - oto dowód w postaci zagranicznych gazet”... Oczywiście, to bzdura, kompletna fatamorgana, aintelektualny bełkot, pic na spienioną wodę salonowego kłamstwa. Ale sporo rodaków to kupuje. Zgoda: coraz mniej. Ale jednak wciąż naiwnych nie brakuje. Tego typu ściemy łykają np. dziennikarze, zwłaszcza młodsi i nieprzygotowani (nie mówię o cynikach, którzy wiedzą, że to manipulacja).
No i się kręci. Trzeba przyznać, że w tym akurat względzie „warszawka” czy też „Krakowskie Przedmieście” - jak zwał, tak zwał - dobrze, niestety, odczytały nasze narodowe kompleksy. Bo nas, Polaków, strach o to, jak nas ocenią na Zachodzie, paraliżuje od stuleci. Bynajmniej nie od początku III RP, choć w ostatnich dwóch dekadach ten kompleks przybrał karykaturalną wręcz formę. Zresztą w interesie establishmentu polityczno-medialnego spod znaku „okrągłego stołu” i grubej kreski...
Tymczasem taka sytuacja jest nie do pomyślenia w jakimkolwiek innym dużym (a Polska, do cholery, jest dużym krajem!), europejskim czy pozaeuropejskim, państwie. Ktokolwiek, kto nad Sekwaną pisnąłby w kontekście decyzji zapadających w Paryżu: „A co na to nad Renem?”, zostałby zabity śmiechem albo przerobiony na paszę dla ślimaków. Czy wyobrażacie sobie Państwo, aby jakikolwiek dumny Angol bąknął nad Tamizą: „A co na to powiedzą Francuzi?” Jasne, że nie, bo spotkałoby go, równoznaczne ze śmiercią cywilną, wyniosłe milczenie. To samo w Niemczech, ale też we Włoszech, Hiszpanii, a nawet w małej Danii, która odrzucając w 1991 roku Traktat z Maastricht, w nosie miała opinie stolic dużych krajów ówczesnej EWG (która za chwilę stać się miała Unią Europejską).
U nas wszak uparcie patrzymy na reakcje zewnętrzne, na Europę (zwłaszcza), po części Amerykę, jak na Panią Matkę. Przypominamy sienkiewiczowskich Kiemliczów, tyle, że nie pytamy „Ociec, prać?”, ale raczej „Droga Unio, być grzecznym, nie narzucać się ze swoimi problemami, nie zawracać Wam głowy?”. Odpowiedź jest znana. Ta postawa ma jednak konsekwencje, gdy chodzi o naszą aktualną politykę zagraniczną: rząd Tuska boi się, że - Boże broń - źle o nim napisze niemiecka czy francuska gazeta, więc nie walczy o polskie interesy, aby się nie narażać, nie wchodzić w spór, w konflikt etc. To droga donikąd, bo Rzeczpospolita zachowuje się, jakby była maleńką Estonią, Słowenią czy trochę większą Słowacją.
A swoją drogą mechanizm powstawania takich negatywnych opinii o polityku X (np. Kaczyńskim), partii Y (np. PiS) czy instytucji Z (np. IPN) jest prosty: zachodni dziennikarz obdzwania w Polsce przyjaciół swoich przyjaciół o takich samych, jak jego, liberalnych czy lewicowych poglądach. Ci szczekną to, co zwykle. A potem sami powołają się na zachodnie media, krytykujące co trzeba, powołają się na swoje własne, anonimowe lub pod nazwiskiem, cytaty. I zaszantażują: „Nie róbcie tego czy tamtego - co na to powie świat?!”...
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
