Jakoś cicho dziś siedzą, niczym myszy pod miotłą, zwolennicy wejścia Polski do strefy euro - szybkiego, na gwałtu, rety, na olaboga. Jakby już ci z bożej łaski eksperci, politycy i dziennikarze (dobre sobie) nie chcą pamiętać o gromkich, składanych w Krynicy na Forum Ekonomicznym zapowiedziach premiera Tuska, że nasz kraj wejdzie do eurolandu… w 2011 roku! Szybko co prawda skorygowano tę brednię na inną brednię, równie nieprawdopodobną: rok 2012. Obie te daty, przypominane dziś, kompletnie kompromitują rząd PO-PSL, pokazując, że ekonomiczny surrealizm i ekobajki zastępowały tam realne wizje gospodarczo-finansowe. Dziś już nawet Marek Belka, z którego trudno doprawdy zrobić przeciwnika wspólnej europejskiej waluty, mówi głośno, że Polska, we własnym, dobrze pojętym interesie, powinna opóźnić swój akces do tzw. eurozony. Mogę się tylko cieszyć - ja to mówię od lat.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Finansowa”
