Narody organizują się wokół wielkich idei albo projektów. Wielki projekt (idea) często bywa potwierdzeniem wielkich narodowych aspiracji albo ucieczką od przeszłości, którą trudno się chlubić. Tak było z igrzyskami olimpijskimi w Rzymie w 1960 roku, gdy Italia uciekała od cienia Duce, faszyzmu, kolaboracji z Niemcami. Tak było cztery lata później w Tokio, gdy Japonia organizując kolejną olimpiadę (określenie potoczne, tak naprawdę oznacza ono okres między igrzyskami, ale powszechnie używane jest takie właśnie mylne pojęcie) ostatecznie odcinała w oczach świata pępowinę łączącą z czasem, gdy była „Niemcami Azji”. Igrzyska zimowe w japońskim Sapporo w 1972 roku były już tylko potwierdzeniem przynależności „Kraju Kwitnącej Wiśni” do cywilizowanego, międzynarodowego świata, a nie zaproszeniem na salony, jak osiem lat wcześniej.
Z kolei Niemcy, a ściślej RFN (dawna NRF - Niemiecka Republika Federalna), funkcjonując jako w pewnym sensie spadkobierca - w wymiarze narodowym i moralnym - III Rzeszy, nie uzyskały faktycznej międzynarodowej akceptacji nawet jako współzałożyciel Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, szybko przekształconej w EWG. Ich symboliczna nieobecność (trwająca zresztą do dziś) w Stałej Radzie Bezpieczeństwa ONZ o czymś świadczyła. Dopiero zorganizowanie najpierw igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 roku, a następnie piłkarskich mistrzostw świata dwa lata później, w całym kraju, ale z finałem również w stolicy Bawarii, było dla Bonn metaforyczną przepustką do międzynarodowego „dobrego towarzystwa”.
Dziś z kolei zorganizowanie wielkich, światowych zawodów sportowych jest bardziej może stemplem potwierdzającym siłę danego państwa, jego rolę jako kontynentalnego lidera niż zmazanie grzechów historii. Tak jest w przypadku Republiki Południowej Afryki - wiodącego kraju „Czarnego Lądu” - i piłkarskiego Mundialu w tym roku oraz Brazylii, która w 2016 roku gościć będzie pierwsze w historii Ameryki Łacińskiej igrzyska olimpijskie (nie liczę Meksyku w 1968 roku, jako kraju Ameryki Środkowej). Oba te państwa należą - w odróżnieniu do Polski - do G-20 i oba - w przeciwieństwie do Polski - mają znaczące ambicje regionalne i ponadregionalne (zwłaszcza w przypadku Brazylii).
Wielkie sportowe imprezy są tylko dowodem na ich polityczne aspiracje.
A Rzeczpospolita? Za tego rządu, od blisko trzech lat jesteśmy krajem bez ambicji. Tak, właśnie: państwem wyzutym z ambicji. To „widać, słychać i czuć” na każdym kroku, od polityki zagranicznej poczynając, przez politykę gospodarczą idąc, na staraniach o naszych rodaków poza granicami kraju kończąc. A co do tego mają wielkie imprezy sportowe? Za rządu Kaczyńskiego Polska wywalczyła organizację piłkarskich EURO 2012. Warto byłoby w określonej, nawet jeśli niebliskiej, perspektywie, powalczyć o igrzyska olimpijskie. Ze strony władzy o tym ani widu, ani słychu. Ostatnio rozmawiałem o tym z ministrem sportu. Rząd nie ma w planie nawet się do tego przymierzyć. Minister zresztą zauważył, że formalnie musi to być inicjatywa samej stolicy - w praktyce tylko ona bowiem mogłaby taką imprezę zorganizować. Ale prezydent stolicy też o tym nie myśli. Ta sprawa nie zajmuje PO ani na szczeblu rządowym, ani na szczeblu warszawskim. Choćby nawet w określeniu wstępnego planu: powalczmy o to nie dziś, ale za kilkanaście lat - ale miejmy już jakiś plan, projekt, zamiar, wiedzę, co zrobić, żeby to dla Polski zdobyć. Nie muszę tłumaczyć z jakimi zyskami - politycznymi, prestiżowymi - to by się wiązało (ekonomicznymi też zresztą).
Ideę igrzysk w Polsce zgłosił w zeszłym roku w na kongresie PiS w Krakowie b. premier Jarosław Kaczyński. Czyżby dlatego ten projekt - dla Polski bardzo ważny - dla PO ważny nie jest? Czyżby rządząca partia chciała wylać z kąpielą kolejne dziecko?
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
