Już po raz trzeci Parlament Europejski pochyla się nad centralnie przygotowanym dziesięcioletnim planem zatytułowanym „Europa 2020”. Wśród wielu posłów wzbudził on niechęć nie tylko ze względu na skojarzenia z historycznie przebrzmiałymi systemami politycznymi, ale także z powodu spektakularnego fiaska jego poprzedniczki nazwanej „Strategią Lizbońską”.
Podczas ostatniej priorytetowej debaty zwracałem już uwagę na fakt oderwania treści dokumentu od aktualnego kryzysu finansowego i gospodarczego Unii. W międzyczasie Rada i Komisja podjęły konkretne decyzje, mające na celu stabilizację strefy euro i gospodarek państw Unii Europejskiej.
Zapowiadany zastrzyk wielu setek miliardów euro w zamierzeniu ma uzdrowić gospodarki państw Europy Zachodniej, borykających się z ogromnym deficytem budżetowym. Nie może się to jednak dziać kosztem uszczuplenia programów finansowych nowych państw członkowskich, w tym Polski, które nie traktowały beztrosko wskaźników ekonomicznych. Jeśli strategia „Europa 2020” w ogóle zostanie utrzymana, to musi te kwestie zrównoważyć.
