Brazylia, wprowadzając trzydniową żałobę po śmierci śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zaskoczyła wielu obserwatorów zarówno samym faktem, jak i długością okresu żałoby. Niektórzy chcieli to zinterpretować jako element walki o głosy bardzo licznej Polonii brazylijskiej, skoncentrowanej zwłaszcza w stanie Parana (ze stolicą w Kurytybie) - jesienią tego roku odbędą się w tym kraju wybory prezydenckie, a walka o schedę po ustępującym po dwóch kadencjach Luiz Inácio Lula da Silva, zwanego w skrócie po prostu Lula, będzie bardzo zacięta. Jednak nie jest to, jak sądzę, jedyny, a pewnie też i nie główny powód tej pięknej decyzji.
Ten gest solidarności z daleką Polską był dziełem prezydenta Luli, który jest największą osobowością polityczną Ameryki Łacińskiej ostatniej dekady. Zdecydowany lewicowiec, a jednocześnie wierzący katolik, na każdym kroku podkreślający wielki szacunek, jakim obdarzał polskiego papieża Jana Pawła II. Zwolennik, jakbyśmy to powiedzieli w Europie „społecznej gospodarki rynkowej” - jednocześnie prowadzący bardzo rozsądną, racjonalną, prokapitalistyczną politykę ekonomiczną swego kraju. Jego lewicowa partia urządza spędy z udziałem różnych internacjonalistów, często postkomunistycznej proweniencji, ale sam prezydent Lula jest wyznawcą Brazylii jako bardzo silnego państwa, mocarstwa regionalnego, które jednocześnie - wraz z Chinami i Indiami - aspiruje do bycia kreatorem światowej polityki międzynarodowej i gospodarczej. Lula to wielka osobowość, który - choć jest guru dla światowej lewicy - to jednocześnie jest patriotą własnego kraju i współtwórcą wielkiego skoku gospodarczego największego państwa Ameryki Południowej. Przy czym warto dodać, że - podobnie jak w USA - prezydent Brazylii jest politycznym „panem i władcą” jako że sam stoi na czele rządu (w tym kraju nie ma funkcji premiera). Stąd może właśnie człowiek będący osobowością polityczną na kontynencie latynoamerykańskim docenił polityka niewątpliwie będącego osobowością polityczną na skalę kontynentu europejskiego - Lecha Kaczyńskiego…
Polska mogłaby uczyć się od Brazylii jak walczy się w XXI wieku o własne interesy. Zarówno ekonomiczne, jak i stricte polityczne. Polakom ten największy kraj Ameryki Południowej kojarzy się głównie z futbolem i sambą. Niesłusznie. To przecież dziś producent najnowocześniejszych technologii, w tym najwyższej klasy samolotów pasażerskich typu Embraer, latających również w barwach polskiego LOT-u. Ten piąty (!) co do wielkości kraj świata, od 30 lat, po wielkim kryzysie naftowym w latach 70. jest w zasadzie samowystarczalny, bo produkuje benzynę (a ściślej biopaliwa) z… trzciny cukrowej.
Brazylia nie patyczkuje się: gdy niedawno w pobliżu jej wybrzeży, ale częściowo poza zasięgiem jej wód terytorialnych, odkryto olbrzymie złoża ropy naftowej to Lula po prostu położył na nich polityczną łapę. Dla ich ochrony władze tego kraju zakupiły pięć łodzi podwodnych, w tym jedną o napędzie atomowym. Ale charakterystyczne, że choć Brazylia utrzymuje bardzo dobre relacje z USA, to owe łodzie podwodne, a także helikoptery potrzebne do walki z międzynarodowymi gangami narkotykowymi, państwo to kupiło nie od Amerykanów, ale od Francji. Po prostu nie chcieli się jednostronnie uzależniać.
Obecnie Brazylia walczy o stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. W tym celu zabiega o poparcie krajów arabskich - mają one ten urok, że jest ich bardzo wiele, co przekłada się na dużo głosów w ONZ… Dlatego też niespodziewanie dla naiwnych obserwatorów państwo to zaczęło na forum międzynarodowym bronić… Iranu. Brasilia nie zakochała się w Teheranie, ale robi to z pobudek czysto pragmatycznych, nie oglądając się wcale na dąsy swojego amerykańskiego sojusznika.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
