Prawybory w PO idą pełną parą. Czasem ma to wymiar komiczny, czasem żenujący. W obu przypadkach w głównej roli występuje zazwyczaj urzędujący minister spraw zagranicznych, który coraz częściej zresztą staje się ulubionym tematem anegdot swoich kolegów-ministrów z innych krajów. Że śmieją się z Sikorskiego - pół biedy, znacznie gorzej, że śmieją się też z Polski. Słuchanie w Brukseli jak tutejsi dyplomaci zrywają boki, bo polski minister zdymisjonował polskiego prezydenta, choć sam nawet nie jest jeszcze kandydatem - nie jest rzeczą przyjemną.
Ostatnio złośliwie jest tu komentowany fakt, że polski minister spraw zagranicznych, zamiast jeździć po świecie, albo pracować w kraju, udał się do Zakopanego… na mistrzostwa Platformy Obywatelskiej w narciarstwie alpejskim. Trochę było mi dziwnie, gdy dwóch dżentelmenów, zatrudnionych w Brukseli pokładało się ze śmiechu, bo szef polskiego MSZ i kandydat na kandydata na te mistrzostwa pojechał… z nogą w gipsie. Takie obrazki, powtarzane w brukselskich restauracjach i na dyplomatycznych salonach nie budują prestiżu Polski, przeciwnie - pokazują nas jako kraj rządzony przez polityków śmiesznych mimo woli.
Swoją drogą udział okulałego Sikorskiego w owych alpejskich mistrzostwach PO (odbywały się 20 lutego od 10. do 14.) i jego 4-dniowy pobyt w Zakopanem (od środy do niedzieli) wraz ze specjalną sesją fotograficzną dla jednego z tabloidów, ta próba zbierania poparcia wśród polityków PO uniemożliwiła Sikorskiemu obecność na bardzo ważnej, symbolicznej uroczystości, jaką był pogrzeb pierwszego ministra spraw zagranicznych wolnej Polski, prof. Krzysztofa Skubiszewskiego. I to jest właśnie ten żenujący wymiar prawyborów w PO. Zareagował na to z oburzeniem, pisząc list otwarty, ceniony, wytrawny dyplomata, były wiceminister spraw zagranicznych i m.in. ambasador RP w Belgii, Iwo Byczewski. Dla Sikorskiego ważniejsze było zbieranie głosów niż uczczenie pamięci swojego wybitnego poprzednika, od którego zresztą mógłby się sporo nauczyć.
Była kiedyś bajka dla dzieci o małym mamucie, gdzie padały następujące słowa: „dużo śmiechu, trochę smutku - to historia o mamutku”. Trawestując: „sporo wstydu, dużo śmiechu, gaf bez liku - to historia o RadSiku”.
Ryszard Czarnecki
„Warszawska Gazeta”
