Zimowe Igrzyska Olimpijskie (w skrócie ZIO), czasem niesłusznie zwane olimpiadą, dobiegają końca. Naszymi superbohaterami są i pozostaną skromni ludzie i wielcy sportowcy - Adam Małysz i Justyna Kowalczyk. Dobrze wspominać będziemy również ambitne, ocierające się o medale biatlonistki, Weronikę Nowakowską (była 5) i Agnieszkę Cyl (7), saneczkarkę Ewelinę Staszulonek (8 - choć trzy lata temu miała w czasie treningu otwarte złamanie nogi!) i biatlonistę Tomasza Sikorę. Ale było też wiele, bardzo wiele występów, o których powinniśmy jak najszybciej zapomnieć. Amerykanie skonstruowali specjalną klasyfikację „metalową” - w odróżnieniu od medalowej - gdzie uwzględnia się ostatnie miejsca. Niestety, Polacy w tej niechlubnej klasyfikacji zajęli 1-2 miejsce ex aequo, razem z Czechami.
To były nasze najlepsze zimowe igrzyska w historii. Zdobyliśmy na nich więcej medali niż kiedykolwiek przedtem. Ale spory niedosyt pozostaje. Polska, niemal 40-milionowe państwo, o warunkach atmosferycznych świetnych do uprawiania sportów zimowych, mająca teoretycznie spory potencjał - w klasyfikacjach medalowych i punktowych zajmuje miejsca za państwami od nas mniejszymi i takimi, gdzie zima trwa krótko.
Vancouver 2010 przejdzie do historii jako olimpiada nienajlepiej przygotowana i niebezpieczna dla sportowców. Dla Polaków te igrzyska kojarzyć się będą natomiast z dwoma słowami: „radość” i „niedosyt”.
Ryszard Czarnecki
„Warszawska Gazeta”
