W ubiegłym tygodniu, od poniedziałku do czwartku, obserwowałem „na żywo” i osobiście pasjonujący mecz polityczny, który od dawna toczy się w Mołdawii. Po jednej stronie są Rosjanie, którzy kontrolują „państwo w państwie”, jakim jest tzw. Naddniestrze. Mówi się tam po rosyjsku (trochę po ukraińsku i gagausku - to język ludności pochodzenia tureckiego, ale… chrześcijańskiej), handluje głównie z Rosją, słucha się doradców - zresztą byłych KGB-istów z Moskwy. Drugą stronę tworzy natomiast Zachód, czyli Unia Europejska oraz USA. Ten mecz w sposób spektakularny toczył się, i w jakiejś mierze toczy, na Ukrainie, a także na Południowym Kaukazie, zwanym przez Rosjan Zakaukaziem. W tym ostatnim regionie wygrywamy go w Gruzji, remisujemy w Azerbejdżanie i wyraźnie przegrywamy w Armenii.
Mołdawia jest w polityce międzynarodowej boiskiem małym, stąd niesłusznie nie zwraca się na nią uwagi. Tymczasem charakterystyczne, że przez 8 ostatnich lat rządów promoskiewskich komunistów prezydenta Woronina (2001-2009) rozmowy z Brukselą o znalezieniu się w zachodniej strefie wpływów nie wyszły poza fazę deklamacji, natomiast Rosja za Putina zainteresowała się Mołdawią znacznie bardziej niż rozpijaczona Rosja rozpijaczonego Jelcyna. Dopiero przejęcie władzy przez demokratyczną opozycję (choć częściowo też o komunistycznych korzeniach) zapewniło reorientację kursu polityki zagranicznej Kiszyniowa.
W Mołdawii, czyli Mołdowie (rumuńska i teraz już międzynarodowa nazwa tego kraju) - poza Naddniestrzem - mówi się po rumuńsku, a historia tego kraju związana jest z Rumunią właśnie, Węgrami i Polską. To właśnie tam mieściło się ostatnie lenno I Rzeczypospolitej, jednego z największych państw ówczesnej Europy. Polska liczyła wtedy, wraz z terytoriami zależnymi lenna, ok. 1 mln kilometrów kwadratowych. No i komu to przeszkadzało?
Dziś Mołdawia jest jedynym krajem w Europie (na świecie jeszcze Chiny, Korea Północna i Wietnam), gdzie partia komunistyczna uzyskuje 45 proc. głosów. Jednym z jej liderów jest były szef Komsomołu Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej czasów Związku Sowieckiego, Grigorij Petrenko. Siłą rzeczy jest to prorosyjskie lobby w tym kraju, ale przecież nie jedyne. 28 na 38 kanałów telewizyjnych nadaje po rosyjsku, trzy czwarte stacji radiowych - tak samo. Jak widać Moskwa ma tu zaplecze dla swoich działań. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale moim zdaniem jest bardzo prawdopodobne, że najbliższe wybory w tym kraju wygra - ku uciesze Moskwy - partia komunistyczna. Ktoś co prawda może teraz przypomnieć rysunkowy dowcip Andrzeja Mleczko z 1998 roku: stoi dwóch facetów i jeden mówi do drugiego: „Czarnecko to widzę”… Jednak nie jest to raczej czarny humor Czarneckiego, a realizm. Dobrze więc, że Zachód ostatnio zaczął bardziej angażować się w tym kraju. Świadczy o tym bezzwrotna pomoc ze strony bardzo biednej Rumunii 100 milionów euro, 15 USD kredytu ze strony biednej Polski i 269 milionów USD ze strony bogatych Stanów Zjednoczonych.
Cóż, gospodarka w tym meczu odgrywa kluczową rolę.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
