Dosłownie w tych dniach Polska udzieli kredytu finansowego dla Mołdawii - jednego z najbiedniejszych państw Europy. Opiewać on będzie na 15 milionów USD (a więc w gruncie rzeczy niewiele). Z punktu widzenia polskiego budżetu, nawet w sytuacji budżetowej dziury i braku zrównoważonego budżetu na 2010 rok - to drobiazg. Ale wymowę ma symboliczną. Polska jest bowiem pierwszym krajem członkowskim w Unii Europejskiej, który udziela takiego kredytu Kiszyniowowi (stolica Mołdawii, czyli jak mówią sami Mołdawianie i Rumuni - Mołdowy). Owszem, najbliżej położona Mołdawii Rumunia, która traktuje ten rumuńskojęzyczny kraj jako swoją strefę wpływów, udzieliła kredytu bezzwrotnego w czterech ratach w wysokości 100 milionów euro. Jednak Mołdawia jest, według Bukaresztu, historyczną częścią Rumunii - stąd takie zainteresowanie dziwić nie może. Z kolei USA, po spotkaniu premiera Mołdawii z wiceprezydentem USA w Waszyngtonie, a także panią Clinton, zdecydowały się udzielić bezzwrotnej pomocy w wysokości 70 milionów USD (głównie na drogi i infrastrukturę).
To dobra decyzja władz naszego kraju. Dla niektórych może się to wydać trochę egzotyczne. Jednak Mołdawia jest krajem aspirującym do UE oraz płaszczyzną swoistego frontu między Rosją a Zachodem. Częścią tego kraju jest rosyjskojęzyczne Naddniestrze, w praktyce politycznie, militarnie i ekonomicznie kontrolowane przez Moskwę. Przez 8 lat tym krajem rządzili rosyjscy komuniści. W 2009 roku przegrali wybory, ale uzyskali w nich 45 proc. głosów i są w parlamencie najsilniejszą partią.
W tym małym państwie toczy się walka o wpływy. Polska - szósty co do wielkości kraj członkowski Unii, walczący o silną pozycję na arenie międzynarodowej, próbujący wyrwać Ukrainę i Gruzję ze strefy wpływów Rosji, także na tym obszarze nie może być obojętna. Jest normalną rzeczą, że duże państwa - a Polska takim jest - starają się poszerzyć obszar swojego politycznego i ekonomicznego oddziaływania. Dobrze, że robimy to także w kontekście Mołdawii. Bycie importerem nr 1 wina z Mołdowy nie może nas zadowalać…
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Finansowa”
