Korea. Rok 2008. Znany polityk, jeden z liderów rządzącej partii, publicznie stwierdza, że nie należy przesadzać ze sprawą mordowania przez Japończyków jeńców koreańskich w czasie II wojny światowej. Bo skala była mniejsza niż się sądzi, a ponadto kompiluje to relacje z tym wielkim sąsiadem. Wybucha skandal. Polityk staje się dla wszystkich mediów w Korei swoistą tarczą strzelniczą. Jego partia natychmiast wyrzuca go z własnych szeregów. Na demonstracjach z udziałem staruszków - rodzin pomordowanych oraz młodzieży pali się jego kukły. Potępiają go koreańscy historycy, a także koreańscy laureaci Nagrody Nobla. Dezaprobatę - w tonie dyplomatycznym, ale stanowczą - wyraża sekretarz generalny ONZ, też Koreańczyk. W gazetach ukazują się zdjęcia kontrowersyjnego wiceszefa parlamentu Korei (taką funkcję sprawował) z podpisem: „Oto zdrajca”, a ludzie na ulicy plują mu pod nogi albo w twarz. W końcu nieszczęsny polityk nie wytrzymuje i..., gdy odwróciła się od niego własna, patriotyczna rodzina - popełnia samobójstwo!
Taki, albo niewiele mniejszy ostracyzm spotkałby każdego polityka amerykańskiego, który minimalizowałby straty wojenne USA podczas ataku Japończyków na Pearl Harbour czy ofensywy w Europie w 1944 roku i każdego polityka francuskiego, któryby pomniejszał znaczenie „Maquis” - partyzantki antyniemieckiej czy Komitetu Wolnych Francuzów gen. Charlesa de Gaulle'a. Ukraińska klasa polityczna może spierać się o rolę UPA - gloryfikowanej na zachodzie Ukrainy, sceptycznie przyjmowanej na wschodzie, ale żaden ukraiński polityk nie ośmieli się zaniżać liczby ofiar tzw. Wielkiego Głodu, gdy w latach 30. na sowieckiej Ukrainie zmarło kilka milionów ludzi. Sprawa ta stała się symbolem ukraińskiej martyrologii, łączy dramatycznie skłóconych polityków tego kraju i nikt na „wielikij hołodomor” ręki nie podniesie. To jest narodowa świętość - i basta.
Tak jest gdzie indziej. W Europie, Ameryce, Azji. Ale nie w Polsce. U nas, w kraju, w którym tolerancja obowiązuje głównie wobec mniejszości, nawet najbardziej dziwnych i skrajnych - ale już nie wobec większości, w kraju, w którym powtarzanie „argumentów” wrogów naszego państwa jest pełnoprawną częścią debaty publicznej - można negować prawdę historyczną o skali polskiego cierpienia (ludobójstwo - Katyń), podważać ustalenia nie tylko polskich historyków i nasze normy prawne, ale też nawet terminologie przyjętą przez międzynarodowe instytucje, z definicji bardziej „obiektywne”(Trybunał Norymberski). To pokazuje, jak bardzo skarlały nam elity polityczne, medialne, opiniotwórcze, skoro ich przedstawiciele kłamią na temat polskiej historii - i jednocześnie na takie kłamstwa nie reagują, a publicznym kłamcom podaje się rękę, chwali, zaprasza do telewizji i podtyka sitka radiowych mikrofonów. Czy to brak poczucia wstydu (obciachu) czy brak instynktu państwowego? A może moralny nihilizm? Niestety: i jedno i drugie i trzecie.
Pozostaje jednak, mimo wszystko, wbrew medialno-politycznym chórom, mieć nadzieję, że Zbigniew Herbert w jednej sprawie nie miał racji. Wtedy, gdy pesymistycznie pisał, że tchórze zwyciężą (zresztą tak, jak szpicle i kaci). Ale jednocześnie miał rację, gdy apelował, aby nie opuszczała nas wobec nich „siostra-pogarda”. I miał rację, gdy kazał powtarzać „wielkie słowa”. I powtarzać je uparcie.
Nie myślałem, że w wolnej Polsce trzeba będzie uparcie powtarzać wielkie słowa o Katyniu i o tym, że to było ludobójstwo. Ale - jak widać - trzeba...
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
