Jacek Deptuła: Mimo wielkich nadziei Włodzimierz Cimoszewicz przegrał batalię o fotel sekretarza generalnego Rady Europy, wcześniej ekscytowaliśmy się kandydaturą Radosława Sikorskiego na szefa NATO. Ludzie nie najlepsi, szwankuje polska dyplomacja, czy może ciągle siedzimy w kącie Europy?
Ryszard Czarnecki: Moim zdaniem to porażka dyplomatów polskiego rządu. Kiedy okazało się, że jedynym konkurentem pana Cimoszewicza jest były premier Norwegii - która nie jest w Unii Europejskiej - należało dyplomatyczne wysiłki skierować właśnie do krajów nie należących do UE. One mają pewien kompleks i popierają się wzajemnie - myślę np. o Turcji i Rosji. A biorąc pod uwagę, że Rada Europy to 47 państw - stosunek głosów można było przewidzieć. Ministerstwo spraw zagranicznych winno zatem skoncentrować się na lobbingu w tamtych państwach.
J.D.: Może Polakowi zaszkodził wcześniejszy wybór Jerzego Buzka na szefa Parlamentu Europejskiego albo jego lewicowa przeszłość?
R.Cz.: Wątpię, na forum międzynarodowym takie argumenty nie odgrywają większej roli. Twierdzę, że dyplomacja premiera Donalda Tuska nie stanęła na wysokości zadania. Dyplomaci rozmawiali głównie z przedstawicielami państw unijnych. Szkoda, szefowanie Radzie Europy byłoby pięknym polskim sukcesem dyplomatycznym.
J.D.: Niektórzy twierdzą, że polskiemu kandydatowi zaszkodziły zapowiedzi poważnej reorganizacji Rady Europy, która - trudno to ukrywać - nie jest znaczącym elementem europejskiej polityki?
R.Cz.: Z tym również nie mogę się zgodzić. Reorganizacji bać się mogła rzeczywiście rozbudowana biurokracja Rady, ale przecież głosowali politycy, nie urzędnicy. Trochę zaskoczyła mnie też różnica głosów - 130 do 63 na korzyść Norwega. Gwoli sprawiedliwości przyznać muszę, że o wiele gorzej wypadła w 1999 roku Hanna Suchocka, również ubiegająca się o fotel szefa Rady. Otrzymała wówczas kompromitująco mało głosów.
„Gazeta Pomorska”
