Kontakt

Biuro EKR w Warszawie

00-810 Warszawa,
Ul. Srebrna 16,
Telefon: (022) 699 72 88,
Fax: (022) 699 72 86
Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy
Grupa Parlamentu Europejskiego, kierująca się w swojej działalności poszanowaniem praw jednostki, zasad wolnego rynku oraz suwerenności państw członkowskich UE. Zasady te zostały zawarte w Deklaracji Praskiej, która stała się podstawą ideologiczną grupy. W skład frakcji wchodzą posłowie do PE z Prawa i Sprawiedliwości, Partii Konserwatywnej, Obywatelskiej Partii Demokratycznej, a także przedstawiciele innych partii łącznie z 8 krajów UE.

WIADOMOŚCI

„WIELKA PIĄTKA” I BIERNA POLSKA

„WIELKA PIĄTKA” I BIERNA POLSKA

Z dużej europejskiej chmury spadł mały eurokapuśniaczek. Tak można by w skrócie podsumować wybory nowych władz Unii Europejskiej na następną pięcioletnią kadencję 2009-2014. Władz nowych, ale w zasadzie w niemałej mierze starych. Ten sam jest przewodniczący Komisji Europejskiej - José Manuel Barroso. Dodajmy do tego, że poza portugalskim szefem jeszcze dwunastu innych komisarzy ze „starej” komisji będzie dalej komisarzami. Oznacza to, że niemal połowa (13 na 27) członków KE to „starzy-nowi komisarze”.

Oczekiwania niektórych były wielkie. Zwolennicy Traktatu Lizbońskiego wpadli we własną pułapkę. Przez kilka lat nadymali lizboński „balon”, przeceniając absolutnie znaczenie traktatu, a teraz zaliczyli twarde lądowanie: Traktat Reformujący wszedł w życie, a formalnymi (bo przecież nie faktycznymi) liderami UE zostały w większości osoby słabo rozpoznawalne, nijakie, bezbarwne. Okazało się, że rzekomo przełomowy traktat nie przyniósł żadnej nowej jakości. Europejska góra urodziła mysz. Szarą mysz.

Jednak dokładna analiza składu osobowego nowej Komisji Europejskiej, a także rozkładu sił (tek) w jej ramach pokazuje, że integracja integracją, Unia Unią, Europa Europą, a i tak największe państwa zawsze będą dbać przede wszystkim o swoje interesy. W porównaniu z Komisją Europejską poprzedniej kadencji (2004-2009) wyraźnie widać wzrost znaczenia pięciu największych krajów członkowskich UE: Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii. Charakterystyczne, że w tej „Wielkiej Piątce” znalazła się Hiszpania, mająca taką samą ilość miejsc w europarlamencie i taką samą ilość głosów w Radzie UE, co Polska (i bardzo porównywalną z nami liczbę ludności) - a nie ma tam naszego kraju. Świadczyć to może o jednym: degradacji znaczenia Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Warto przypomnieć, że w 2005 roku Nicolas Sarkozy, wtedy jeszcze dopiero kandydat na prezydenta, rzucił pomysł stworzenia swoistego „dyrektoriatu”, czy też „prezydium” Unii Europejskiej, w skład którego wejść miało sześć największych państw UE łącznie z Polską… Wówczas niespodziewanie pomysł ten… odrzucił Donald Tusk, kandydat na prezydenta. Teraz premier Donald Tusk tę ideę odrzuca już w praktyce i Polska zamiast być jednym z sześciu rozgrywających w UE czeka na decyzje większych państw i na to, co spadnie z pańskiego stołu w Brukseli.

Duzi biorą wszystko

Berlin, Paryż, Londyn, Rzym i Madryt wzięły najważniejsze teki w Komisji Europejskiej. Poza Wielką Brytanią, której dano tzw. politykę zewnętrzną Unii, czyli „resort” spraw zagranicznych, pozostałe największe kraje podzieliły się konfiturami gospodarczymi, które są w KE. Każde z dużych państw dostało gwarancję, że jego interesy i priorytety nie będą naruszone. Tradycyjnie nieufne wobec Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa UE Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej ma szefa unijnej dyplomacji (co jest równoznaczne z funkcją wiceszefa Komisji Europejskiej), po to, aby zagwarantować sobie decydujący wpływ na zakres kompetencji suwerennych państw narodowych przekazywanych w tej sferze do Brukseli. A już Londyn zadba o to, żeby w dalszym ciągu najistotniejsze decyzje, gdy chodzi o politykę międzynarodową, zapadały nie tyle w Brukseli, co w stolicach poszczególnych największych państw członkowskich Unii. Inna sprawa, że premier Gordon Brown wybrał na stanowisko „ministra spraw zagranicznych” Unii, przypadające jego krajowi, fatalnego kandydata, a raczej kandydatkę Baroness Catherine Ashton. Od 6 października 2008 roku pełniła funkcję unijnego komisarza ds. handlu (zastąpiła na tym miejscu przyjaciela Tony'ego Blaira, jednego z demiurgów brytyjskiej lewicy Petera Mendelsona, który wrócił po raz trzeci do rządu Jej Królewskiej Mości). Jako komisarz handlu była entuzjastycznie oceniana przez Rosję. Minister spraw zagranicznych tego kraju - Siergiej Ławrow podkreślał po jej nominacji na obecną funkcję, że pani Ashton wykazywała zawsze zrozumienie dla rosyjskich postulatów w sferze handlu. Trudno o większą laurkę, tylko czy powinna być ona przepustką do kariery na europejskich salonach? Złośliwi komentowali jej wybór, że Mrs. Ashton jest najbrzydszą panią komisarz w historii EWG-UE. Jednak ważniejszy jest jej kompletny brak doświadczenia w sferze międzynarodowej i dość skromne doświadczenie w życiu publicznym: przez 13 miesięcy była komisarzem w Komisji Europejskiej, wcześniej pełniła funkcje wiceministra sprawiedliwości i wiceministra środowiska w rządzie brytyjskim. Co gorsza, jej przeszłość polityczna odbija się czkawką w kontekście funkcji, jaką ma teraz pełnić: w latach osiemdziesiątych zaangażowana była w brytyjski ruch pacyfistyczny, który jakoś jednak nie protestował przeciwko napaści ZSRR na Afganistan w 1979 roku, ale rozdzierał szaty nad zbrojeniami USA i amerykańskimi rakietami SS-20 wymierzonymi w miłujący pokój Związek Sowiecki… Później okazało się, że - jak ustalił brytyjski wywiad i ujawniły media w tym kraju - organizacja, w którą zaangażowała się obecna Pani Komisarz była finansowana przez Moskwę. Kiepski to background, gdy chodzi o sprawowanie stanowiska wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej, a jednocześnie Wysokiego Przedstawiciela ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa UE. Niestety, także teraźniejszość w przypadku Brytyjki także skrzeczy: na przesłuchaniach w PE, już po nominacji, wykazała swoją totalną ignorancję i dramatyczną niekompetencję w zakresie spraw, które jej powierzono. Pani Catherine Ashton jest żywą egzemplifikacją tezy jej rodaka Petera, który powtarzał, że każdy człowiek w końcu osiągnie swój szczebel niekompetencji… Inny jej rodak, George Bernard Shaw, powtarzał, że kto za młodu nie był socjalistą ten na starość jest świnią - nie przewidział jednak przypadku Catherine Ashton. Kto za młodu jest prosowiecką pacyfistką, ten w wieku dojrzałym (np. 53 lata) jest… przyjaznym Rosji komisarzem UE?

Koncert życzeń Berlina i Paryża

Niemcy, pomne wzrastającej roli unijnej polityki energetycznej i zważając na interesy wielkich niemieckich koncernów energetycznych (np. RWE czy EON), skutecznie powalczyły o tekę komisarza ds. energii. To jedno z czterech najważniejszych „ministerstw” Komisji Europejskiej (obok konkurencji, rynku wewnętrznego oraz przemysłu i przedsiębiorczości). Niemieckim komisarzem zostanie obecny premier Badenii-Wirtenbergii Guenther Oettinger. Ten pięćdziesięciopięcioletni polityk jest uważany za potencjalnego rywala, a może i sukcesora Angeli Merkel - i na funkcję szefa CDU, i na fotel kanclerza RFN. Być może Bruksela będzie dla niego swoistym „Sulejówkiem” - ważnym przystankiem przed powrotem do wielkiej roli w polityce niemieckiej.

Francja dostała to, co chciała, niczym w muzycznym koncercie życzeń: rynek wewnętrzny. Państwo, które praktykuje największy interwencjonizm państwowy w całej Unii Europejskiej, ma komisarza, którego zadaniem ma być krzewienie swobodnego przepływu usług i towarów pod sztandarami wolnego rynku! Michel Barnier, jeden z bardziej znanych francuskich polityków ostatniej dekady, był kiedyś uważany za największego „loosera” - przegranego wśród setek innych, usiłujących grać jednocześnie na dwóch fortepianach: narodowym i unijnym. Był już eurokomisarzem ds. rolnictwa, ale zrezygnował z tej funkcji, aby objąć prestiżową funkcję szefa MSZ Francji. Jednak przy zmianie rządu w Republice Barnier wyleciał z Rady Ministrów, a już nie miał powrotu do Komisji Europejskiej, bo zastąpił go tam sędziwy Jacques Barrot, który co prawda nie znał żadnego języka poza ojczystym, ale nie przeszkadzało mu to być wiceprzewodniczącym KE oraz komisarzem odpowiedzialnym najpierw za transport, a następnie za portfoliosprawiedliwości, wolności i bezpieczeństwa. Na europejskich salonach przez lata mówiono ironicznie o pechowcu Barnier, który zamiast trzymać się ciepłej posadki w Brukseli, wolał zbawiać Francję i został na lodzie. Dlatego też jego powrót nie wszystkim jest w smak, ale w smak jest Francji, która do Komisji wysyła człowieka, który w przeciwieństwie do swojego poprzednika, Irlandczyka Charlie Mc Creevy’ego, nie zrobi nic, aby rzeczywiście poszerzyć np. swobodę przepływu usług w Unii. Jakakolwiek liberalizacja bowiem w tym obszarze, korzystna generalnie dla krajów nowej UE, byłaby wbrew interesom państwu, które chucha i dmucha, aby rodzime firmy nie miały u siebie większej konkurencji. Co prawda teoretycznie komisarz Barnier ma reprezentować całą Unię - jak z uporem podkreśla Barroso - ale wszyscy wiedzą, że każdy komisarz powinien przede wszystkim bronić interesów własnego kraju.

Włochy, jako jedyne z pięciu największych państw, zachowały funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej. Dalej będzie nim zaufany współpracownik Silvio Berlusconiego, Antonio Tajani. Przedtem miał tekę transportu, obecnie znacznie ważniejszą: przemysłu i przedsiębiorczości. Wcześniej to portfolio mieli Niemcy i „etatowy” komisarz Gunter Verheugen. Obecnie komisarz Tajani - zgodnie z instrukcjami z Rzymu - będzie walczył o interesy setek tysięcy włoskich firm, a także przemysłu tego kraju, na których wyraźnie odbił się kryzys gospodarczy.

„Wielka Piątka” i niby-prezydent

Hiszpania, najbardziej skuteczny kraj europejski, gdy chodzi o pozyskiwanie środków unijnych, modelowo walczący o swoje, tym razem zdobyła funkcję wiceszefa komisji Europejskiej i kluczową tekę komisarza ds. konkurencji. Komisarzem dalej będzie zaufany premiera Zapatero, Joaquin Almunia. Wcześniej, przez pięć lat był Mr. Euro, piastując tekę ds. monetarnych i gospodarczych. Uważany za technokratę - w jednej kwestii jest mocno ideologiczny: euro traktuje jako panaceum na wszystkie problemy gospodarcze. W czasie grudniowej sesji w Parlamencie Europejskim na temat „spowolnienia gospodarki w Europie Środkowo-Wschodniej” stwierdził ni mniej, ni więcej, że to wspólna waluta euro jest receptą na gospodarczy kryzys w tym regionie Starego Kontynentu. Tymczasem doczekał się natychmiast mojej repliki, że Polska nie ma waluty euro, a sytuacja jest u nas lepsza, niż na Słowacji, która tą walutę już od niemal roku posiada.

Reasumując, „Wielka Piątka”, czyli Berlin, Paryż, Londyn, Rzym i Madryt, podzieliła między siebie cztery kluczowe teki gospodarcze plus sprawy międzynarodowe. Komisja Europejska została zdominowana przez największe państwa członkowskie w stopniu wyraźnie większym, niż to było nie tylko w latach 2004-2009, ale kiedykolwiek. Zaś wybór unijnego „prezydenta” - bezbarwnego, nijakiego premiera Belgii Hermana Van Rompuya (jego hobby to spacery i oglądanie ptaków…) - wskazuje, że główne decyzje polityczne w Unii Europejskiej dyktowane będą przez „dyrektoriat” niemiecko-francuski. Amerykański sekretarz stanu Henry Kissinger, narzekający niegdyś, że nie wie do kogo może zadzwonić w Europie, aby porozmawiać o polityce międzynarodowej, gdyby był dzisiaj w butach Hillary Clinton, wiedziałby już do kogo dzwonić. Ale oczywiście nie zadzwoniłby do „prezydenta” UE, Hermana Van Rompuya, lecz do jego politycznych patronów: Angeli Merkel czy Nicolasa Paula Stéphana Sarkozy’ego.

Polska czeka, Polska przytakuje

Jak na tym tle jawi się Polska? Zdecydowanie poniżej możliwości, wyraźnie poniżej tego, co było na wyciągnięcie ręki. Po naszej stronie nastąpiła swoista autoredukcja znaczenia własnego kraju. To sytuacja w Europie niespotykana, porównywalna jedynie - nie co do przyczyn, oczywiście, ale co do mechanizmu - z samoograniczeniem się Niemiec po II wojnie światowej.

Oto duże państwo, jakim jest Polska, z własnej, nieprzymuszonej woli zrezygnowało z ubiegania się o wpływy i stanowiska w strukturach międzynarodowych. Europy nie obchodzi, czy jest to wynikiem lenistwa intelektualnego, nieprzygotowania mentalnego, efektem minimalizmu narodowego, którego lekcje braliśmy od wieków, czy też skoncentrowania się wyłącznie na polityce wewnętrznej - a raczej na nieustającej kampanii prezydenckiej, która obozowi rządzącemu przysłania, i to całkowicie, walkę o polski interes narodowy na arenie międzynarodowej.

W ostatnim tylko czasie rząd Rzeczpospolitej fatalnie, skrajnie nieumiejętnie, rozegrał batalię o fotel sekretarza generalnego NATO, a następnie sekretarza generalnego Rady Europy. I zachował się jak kiepski bokser, który po dwóch nokautach zaczyna unikać walki i tylko symuluje pojedynek w ringu: Polska przestała walczyć o wpływy w Unii, udając jedynie zaangażowanie i demonstrując sztuczny entuzjazm po sztucznych sukcesach. Rząd Tuska zadowolił się tym, co dawali, czyli bardzo mało wpływową teką komisarza ds. budżetu. Poprzednio miała ją mała Litwa. Teraz o nią nikt nie walczył. Wzięła ją więc Warszawa, o nic się nie targując i klepiąc slogany, że komisarz budżetu odpowiada za przygotowanie nowego 7-letniego budżetu UE na lata 2014-2020. Tymczasem tak naprawdę budżet ten jest pochodną działań lobbystycznych największych państw Unii, a budżetowy komisarz jest jedynie księgowym, spełnia rolę czysto techniczną, a nie kreującą. Jednak autorzy propagandy rządowej uważają, że i tak Polacy wszystko kupią.

W każdym z 27 krajów członkowskich Unii minister finansów jest „pierwszy po Bogu”, jest najważniejszym ministrem w rządzie. Ale nie przekłada się to w ogóle na struktury unijne: komisarz ds. budżetu nie pełni wcale roli szefa unijnego resortu finansów. Kuda mu tam do wpływów jego kolegów (dziwnym trafem najważniejsze teki gospodarcze w tym rozdaniu, podobno, jak w poprzednim, przypadły mężczyznom, choć kobiet jest najwięcej w historii EWG-UE, bo aż 9, czyli stanowią jedną trzecią wszystkich komisarzy) od rynku wewnętrznego, przedsiębiorczości i przemysłu, konkurencji czy energii. Ale wbrew faktom propaganda rządowa w Polsce pompuje balon sukcesu, część Polaków to kupuje i żyje iluzją, jaką to znaczną rolę odgrywamy w Brukseli. Intelektualnie żenujące, politycznie naiwne, ale ludzie kupują od Tuska tę kolumnę Zygmunta.

Polityczny układ nowej Komisji Europejskiej potwierdza - wbrew głosom naiwnych komentatorów - że Unia Unią, integracja europejska integracją, globalizacja globalizacją, ale cały czas głównym wektorem w Europie są interesy narodowe (państwowe) krajów członkowskich. Przepowiadany „zmierzch ery narodów” nie nastąpił. Wręcz przeciwnie: interesy narodowe (czy - zgodnie z lordem Actonem - państwowe), czasem redefiniowane, są jeszcze ważniejsze niż były. To naturalna odpowiedź na kryzys, ale nie tylko. Oto bowiem po upadku Związku Sowieckiego nastąpiło odejście od konieczności „grania blokiem Zachodu”, naturalna dywersyfikacja, ujawnienie czy spotęgowanie różnic interesów, także w kontekście zagospodarowania strefy wpływów politycznych i ekonomicznych po dawnych „Krajach Demokracji Ludowych” oraz w relacjach z nową (choć wciąż w wielkiej mierze starą) Rosją. Ten proces dywersyfikacji interesów narodowych najważniejszych graczy na europejskiej scenie politycznej trwa do dziś i pogłębia się, zupełnie niezależnie od kolejnych Traktatów Europejskich, faktycznie przekazujących coraz więcej władzy Brukseli. Te dwa zjawiska toczą się jednocześnie: podglebie integracji europejskiej koegzystuje z wyraźnym postawieniem na odrębne interesy narodowe, zwłaszcza państw największych, ale przecież nie tylko. Zbiegło się to z ciekawym

zjawiskiem powrotu w praktyce niemieckiego nacjonalizmu państwowego, już nieskrywanego, wyrażanego otwarcie, nie tylko przez kibiców, ale polityków z „mainstreamu” i wysokich urzędników. Niemcy po prostu uznały, że czas bicia się w piersi za II wojnę światową bezpowrotnie minął - i widać to także po nowej "polityce historycznej" tego kraju, gdzie już nie powiększa się na siłę i sztucznie rzekomo znaczącej opozycji antyhitlerowskiej, ale wprost pisze się, mówi (i filmuje) o Niemcach jako ofiarach kataklizmu wojennego, a zwłaszcza powojennego...

W tę nową polityczną architekturę europejską Polska wpisać się nie umie i chyba nie chce. Ekipa Tuska woli być chwalona, poklepywana, głaskana medialnie niż skutecznie walczyć - tak, jak robią to inne duże nacje - o interesy własnego kraju. W tym sensie obecny rząd nie ma polityki europejskiej czy międzynarodowej, bo nie ma - jak się wydaje - jasnego zdefiniowania, czego jako Polska, szósty co do wielkości kraj Unii Europejskiej, chcemy, jakie mamy naprawdę aspiracje, jaką rolę chcemy odgrywać w Europie, jakimi narzędziami (instytucjonalnymi, także w sensie unijnych stanowisk i agend) się w tym celu posługiwać. Wszyscy nasi sąsiedzi, dalsi i bliżsi, duzi i mali, wiedzą, czego chcą i starają się pod to podporządkowywać swoją bieżącą politykę zagraniczną. Wszyscy - tylko nie Polska. W tym zakresie szuflady rządowych biurek są puste. Prezydent ma jasną wizję, ale nie ma rządowych instrumentów jej realizacji. Premier nie ma wizji, ale ma - bezużyteczne w tym momencie - owe instrumenty.

A w tym czasie inne kraje robią swoje i idą naprzód. Polska stoi w miejscu. A to w praktyce polityki międzynarodowej oznaczać może tylko jedno: cofanie się.

Ryszard Czarnecki

Wydawnictwo „Arkana”

EKR EKR