Nie napiszę dziś o szczycie G20 w USA, znowu bez udziału Polski. Ostatnio o tym, że mój kraj powinien być tam reprezentowany mówił minister spraw zagranicznych Szwecji (Szwecja tam będzie) były premier Carl Bildt. Ten sam salon, który szczekał, gdy mówił o tym Kaczyński, teraz, już milczał.
Nie napiszę też o świeżym, jak gorące bułeczki, oświadczeniu współrządzącej niemieckiej CSU, która zapowiedziała, że po wyborach w RFN Erika Steinbach znajdzie się we władzach fundacji patronującej muzeum „wypędzonych”. Za poprzedniego polskiego rządu taki numer by nie przeszedł. I miłosiernie nie wspomnę, jak to Tusk z Bartoszewskim podniecali się, że załatwili, iż Frau Steinbach tam nie będzie - gdzie jednak będzie...
Nie napiszę - przez litość - o tarczy, której nie ma. Czy mogłaby być? Nawet jeśli Obama zmieniłby decyzję Busha jr - oczywiście po wcześniejszej ratyfikacji przez Polskę, której nie było! - to musiałby coś nam dać w zamian. Albo politycznie albo - prędzej - militarnie. A tak dostaniemy figę z makiem z pasternakiem, bo się obecnemu rządowi nie raczyło śpieszyć.
Nie napiszę też, że po publikacji „Die Welt” sprzed dwóch tygodni nawet pies z kulawą nogą nie podziękował prezesowi polskiego banku centralnego. A niemiecki dziennik stwierdził, że instytucjonalnym ojcem sukcesu polskiej gospodarki - określanej mianem „prymusa Europy” - jest Narodowy Bank Polski. Salon, który opluwa Sławomira Skrzypka od trzech lat, teraz udawał, że to był deszcz...
Nie napiszę też o prywatyzacji w czasach kryzysu, co dla moich zachodnich kolegów z europarlamentu wydaje się być absurdem: mówią mi, wzruszając ramionami, że przecież wtedy dostaje się najniższą cenę, a w dodatku, co to za prywatyzacja, skoro sprzedaje się polskie państwowe firmy… państwowym firmom z innych krajów?! Próbuję im tłumaczyć, że takie błędy robi rząd, wobec którego jestem w opozycji, ale oni tego i tak nie słuchają: wszystko to idzie na konto głupawych Polaków.
Nie napiszę też o minach naiwnych Amerykanów w Białym Domu, gdy przeczytali poniedziałkowe oświadczenie szefa sztabu rosyjskiej armii, który sprostował deklarację Putina - na pewno za jego zgodą - że Moskwa nie rozmieści rakiet „Iskander” w Kaliningradzie (po ludzku: Królewiec). A właśnie, że rozmieści. Głupi Jankes po szkodzie? Nie, Biały Dom wszystko zniesie, byleby tylko Kreml pomógł spiłować pazurki Iranowi.
Nie napiszę również o czeskim prezydencie Klausie, który - kapelusz z głowy - nie daje się terroryzować eurobiurokracji i „politycznej poprawności”, i nawet się nie zająknął o podpisaniu Traktatu Lizbońskiego, nawet po spodziewanym (niestety, dodam) „YES” w irlandzkim referendum za dwa tygodnie.
Ani o sprytnych politykach niemieckich również - ani słowa. Sprytnych, bo innych popychają do ściślejszej integracji, ale sami - decyzjami Trybunału Konstytucyjnego i Bundestagu wraz z Bundesratem - zagwarantowali sobie prawną kontrolę i narodowe weto dla rozszerzenia kompetencji przez UE.
Nie napiszę o tym wszystkim, bo i tak wiecie, co myślę o tej mieszaninie rosyjskiej buty, czeskiego uporu, niemieckiej konsekwencji, amerykańskiej naiwności, polskiej oficjalnej głupoty i niezależnej od rządu obrony naszych interesów oraz, na końcu, unijnej propagandy.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
