Właśnie dopiero co rozpoczęła się półroczna prezydencja Hiszpanii w Unii Europejskiej. Eurobiurokraci i eurofederaliści nie są tym zachwyceni. Madryt bowiem, jak zwykle, będzie głównie walczył o swoje interesy, mając w nosie szczytną ideę europejskiej integracji. Po grzecznej Szwecji, która dość pokornie wysłuchiwała pouczeń płynących z Brukseli, nadchodzi czas butnej Hiszpanii. Wskazówek z „centrali” nie będzie - bo i tak na Półwyspie Iberyjskim przyjęto by je wzruszeniem ramion.
Madryt wychodzi ze słusznego przesłania, że integracja integracją, Unia Unią, ale - i tak przede wszystkim należy martwic się o siebie, o swoje narodowe interesy. Tradycyjnie Hiszpanie wiedzą, czego chcą i świetnie orientują się, gdzie zlokalizowane są europejskie konfitury. Mają „know how” i pomysły, jak Brukselę wycisnąć niczym cytrynę. I wyciskają ją: są na pierwszym miejscu na liście krajów „starej Unii”, które najwięcej otrzymują z UE. Znajomość wszystkich unijnych „kranów finansowych” - zarówno tych, już istniejących, jak też tych dopiero mających powstać, bardzo pomaga piątemu, pod względem liczebności, krajowi Unii. Madryt - jak mówi się w instytucjach europejskich - wszędzie ma swoich ludzi, ufa głównie swoim i patrzy tylko, jak jeszcze Brukselę naciągnąć na kolejne gigantyczne dotacje.
Uczmy się od Hiszpanii, jak wykorzystywać obecność w UE dla własnych interesów. Oni robili to prawie zawsze. Prawie, bo przez pierwsze trzy lata po akcesie do EWG, ten jeden z najbiedniejszych wtedy - obok Portugalii i Grecji - krajów Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, paradoksalnie... płacił więcej do kasy w Brukseli w formie składki członkowskiej niż stamtąd brał - ale szybko potem został prymusem...
Dziś unijny „prezydent” Belg Herman Van Rompuy ogłasza ambitny, choć jednocześnie mało realistyczny program na najbliższe 6 miesięcy. Ale pragmatyczni Hiszpanie wiedzą swoje i raczej nie zajmą się „uelastycznieniem unijnego rynku pracy”. Będą po prostu ciągnąć w swoją stronę. Jak zawsze. Nawet jeśli będą realizować politykę unijną, choćby zagraniczną - tak, jak np. w sprawie Kuby, gdzie od dawna reprezentują Brukselę, to czynić to będą na własną modłę. W efekcie już teraz bardzo wiele najlepszych hoteli kubańskich ma hiszpańskich współwłaścicieli (zwykle na 49% udziałów). A w przypadku spodziewanej śmierci Fidela Castro (choć nikomu śmierci życzyć nie należy) to właśnie między Madrytem a Waszyngtonem rozegra się prawdziwa wojna o wpływy polityczne i - może zwłaszcza - gospodarcze.
I żeby było jasne: obojętnie czy Królestwem Hiszpanii rządzi prawicowa Partia Ludowa José Aznara czy lewicowa Partia Socjalistyczna José Zapatero, to państwo w Unii zabiega przede wszystkim o własny interes. Czyż nie warto uczyć się w tym względzie od Hiszpanów? Intensywne korepetycje dla premiera Tuska mile wskazane.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
