Na ostatnim szczycie Unii Europejskiej omawiano haracz poszczególnych krajów członkowskich w związku z globalnym ociepleniem. Ten „efekt cieplarniany” to w gruncie rzeczy ostra mistyfikacja: oceany produkują wielokroć więcej „nieekologicznego” chłamu niż wszystkie kopalnie i huty świata łącznie. Ale niech tam.
Trzeba zauważyć, że owa walka z ociepleniem klimatu stała się dla wielu świetnym biznesem. Na tym właśnie koniu były wiceprezydent USA Al Gore wjechał do Oslo po Nagrodę Nobla - pokojową oczywiście. Na tym zarabiają różne firmy, lobbies etc., produkujące urządzenia przemysłowe bardziej proekologiczne od innych. Ale również swój interes zwietrzyły najbogatsze państwa UE. „Globalne ocieplenie” (cudzysłów konieczny) stało się dla szeregu rządów świetnym pretekstem do tzw. renacjonalizacji składki członkowskiej i przesunięcia obciążeń z tytułu „klimatu” na biedniejsze państwa. To proste: Niemcy, Francja, Holandia, Szwecja etc. mają już najnowsze technologie, nie mają niemal kopalń, stosują najwyższe standardy ekologiczne - Polska i inne kraje „nowej” Unii dopiero są na drodze do „czystych” technologii. Stąd też w tej sprawie toczy się swoisty mecz: tzw. Zachód optuje za uzależnieniem owego haraczu klimatycznego od emisji CO2 - bo sam ma ją już małą, a Europa Środkowo-Wschodnia, w tym zwłaszcza Polska, od Produktu Krajowego Brutto (PKB) na głowę mieszkańca. W Brukseli, niestety, o czym się nie mówi, wybrano to pierwsze rozwiązanie. Nie sprecyzowano jedynie, jaką daninę mamy płacić. Ma to nastąpić w przyszłości, na posiedzeniach tzw. Grupy Roboczej, gdzie decyzje w tej sprawie mają zapadać ponoć jednomyślnie (oby - wtedy mamy prawo weta, choć nie wiadomo czy bojaźliwy rząd Tuska zechce z tego skorzystać).
Gabinet PO-PSL powinien na kolanach dziękować Prezydentowi RP za obecność na szczycie. Nie musiał, ale był i pomógł osiągnąć to, że Polska przez najbliższe trzy lata będzie płacić „na walkę z ociepleniem” tyle, ile będzie chciała. Jeśli więc Tusk nie będzie chciał podlizać się np. Merkel to możemy dawać niewiele. To, co będzie naszym „haraczem” od 2013 roku pozostaje niewiadomą. Jeżeli polski rząd potrafi wynegocjować małą kwotę - będzie OK, jeśli nie - to polski przemysł i polski podatnik zapłaczą... Gdyby był poprzedni rząd - spałbym spokojnie, pan Tusk tego nam nie gwarantuje.
W Brukseli sprawę tak naprawdę odwleczono. Trzeba będzie jeszcze pilnować polskich interesów w tym kontekście. Mecz się toczy - mimo że nachalna, idiotyczna propaganda rządowa rok temu, w czasie przyjmowania tzw. Pakietu Klimatycznego, ogłosiła to jako „ogromny sukces” (tytuł za internetowym wydaniem „Gazety Wyborczej”), szermując, że dostaniemy od UE... miliardy euro. Dziś bronimy się, żeby płacić jak najmniej! Miliardy się zgadzają, tylko płatnikiem mamy być my...
Propaganda w polityce zagranicznej ma krótkie nóżki. Plus smutny uśmiech premiera Tuska. Polskim podatnikom też nie powinno być do śmiechu.
Ryszard Czarnecki
„Gazeta Polska”
